Poznaj atom

Katastrofa w Czarnobylu – mity i fakty

Wtorek 23 kwietnia 2013

Zbliża się rocznica wybuchu reaktora jądrowego w Czarnobylu. To zdarzenie, razem z niedawną awarią w elektrowni jądrowej w Fukushimie wpływa w istotny sposób na postrzeganie przez społeczeństwo polskie ryzyka takiej formy pozyskiwania energii.

Poważna dyskusja na ten temat powinna opierać się na udokumentowanych faktach i naukowych badaniach, dlatego też proponuję przyjąć jako bazę prezentacji rzeczywistych skutków awarii czarnobylskiej artykuł opublikowany niespełna dwa lata temu w międzynarodowym czasopiśmie naukowym „Dose-Response”. Autorem jest zmarły niedawno prof. dr hab. Zbigniew Jaworowski, lekarz, uznany na świecie autorytet w zakresie skutków promieniowania jonizującego dla organizmów ludzkich. Przedstawiony jest tam pokutujący do dziś model przewidywania skutków promieniowania dla organizmu człowieka, znany pod nazwą LNT (linear non-threshold, liniowy-bezprogowy), w którym zakłada się, że nawet najmniejsze, bliskie zeru dawki promieniowania mogą prowadzić do choroby nowotworowej lub skutków genetycznych. Przedstawione są również i przede wszystkim absurdalne i groźne konsekwencje stosowania tego modelu dla incydentów radiacyjnych, szczególnie tych o dużym zasięgu, jak awaria w Czarnobylu.

Najbliższa „rocznica Czarnobyla” może być więc okazją, aby uczcić pamięć polskiego eksperta, wieloletniego członka wielu światowych gremiów i instytucji naukowych, wspaniałego człowieka, który wiele lat swego życia poświęcił walce z radiofobią, walce o prawdę. Artykuł w oryginale jest dostępny na stronie Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej.

Publikacje naukowe o międzynarodowym zasięgu są prezentowane w języku angielskim, z użyciem specjalistycznej terminologii, dlatego tu przedstawię pokrótce podstawowe tezy artykułu i jego wybrane fragmenty. W moim przekonaniu artykuł profesora Jaworowskiego powinien być przetłumaczony w całości, z niezwykle przekonującymi ilustracjami, i prezentowany w szkołach i mediach, właśnie w rocznicę czarnobylskiej katastrofy.

Dramat skutków katastrofy w Czarnobylu wciąż trwa, podsycany przez polityków, media i grupy różnych interesów, nie wyłączając naukowców. Żyje ona w zbiorowej pamięci całego świata i jest nadal przyczyną zdrowotnych, społecznych i ekonomicznych szkód dla mieszkańców Białorusi, Rosji czy Ukrainy.

Ta pamięć była i jest eksploatowana do tłumienia rozwoju energetyki jądrowej, najbardziej czystego, bezpiecznego i praktycznie niewyczerpanego w skali życia ludzkości źródła energii. Według szacowań Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA 2008) światowe zasoby uranu wystarczą na kolejne 470 000 lat.

Czarnobyl stał się na pewno wydarzeniem historycznym, choć była to jedyna awaria elektrowni jądrowej, gdzie ludzie zginęli z powodu promieniowania. Żaden bowiem z trzech zanotowanych przypadków śmierci pracowników elektrowni jądrowej w Fukushimie nie miał związku z uwolnieniem substancji radioaktywnych w wyniku awarii.

Udokumentowana liczba dotychczasowych zgonów związanych z czarnobylską akcją ratowniczą wyniosła 31.

Duża ilość i olbrzymi zasięg uwolnień substancji radioaktywnych do otoczenia wywołał światową panikę i wiele chaotycznych akcji zapobiegawczych, choć dotąd nie potwierdzono naukowo żadnego zgonu związanego ze skażeniem radioaktywnym i powiązaną z nim dodatkową dawką promieniowania.

Największe jednak szkody, które ponieśliśmy w wyniku katastrofy czarnobylskiej nie są fizyczne, ale mentalne… Drzemiąca w naszych umysłach radiofobia, związana z brakiem wiedzy o promieniowaniu, o jego skutkach, instynktowny lęk przed nieznanym, czego na dodatek nie widać, nie słychać, zostały obudzone i spotęgowane do poziomu paniki.

Wiele państw zareagowało chaotycznie, nieraz wręcz bezsensownie – takie właśnie reakcje powoduje panika.

Można to zrozumieć w kontekście pierwszych kilku dni. Nikt naprawdę nie wiedział do końca, co się tam zdarzyło i jeszcze może zdarzyć, ale na początku maja już można było ochłonąć i ocenić realnie sytuację. Pożary w obszarze reaktora wygasły, poziomy skażeń blisko, dalej i bardzo daleko – z grubsza zmierzone. Co tam fruwa w sunącej nad Europą i światem chmurze, też było wiadomo, ale panika trwała nadal.

Niektóre limity skażeń dla wody czy żywności były ustalane ad hoc. W wielu krajach wartości te różniły się tysiące razy, pokazując, jak wielki wpływ miały tu czynniki polityczne, partykularne interesy czy też zwykły bałagan.

Na przykład w Szwecji limit skażeń radioaktywnych dla żywności importowanej był trzydzieści razy większy niż dla pochodzącej z rynku wewnętrznego. Izrael dopuszczał mniejsze aktywności dla żywności ze wschodu niż z Zachodu. Limit koncentracji Cs-137 ustanowiony w Filipinach wynosił 22 Bq/ kg, aż 8600 razy mniej niż w bardzo pod tym względem pragmatycznej Wielkiej Brytanii.

W Polsce grupa fizyków jądrowych i inżynierów zaproponowała limit dla tego pierwiastka na poziomie 27 Bq/kg dla wszelkiej żywności. Na szczęście władze zdecydowały się na bardziej rozsądną wartość 1000 Bq.

Restrykcje te miały u podstaw trzy podstawowe czynniki: (1) emocje; (2) egzystujący w uśpieniu model LNT i rekomendacje ustanowione na jego podstawie oraz (3) społeczna potrzeba stosowania starej medycznej zasady, “Ut aliquit fecisse videatur” (ma być widać, że coś robimy). Ten trzeci czynnik miał być czymś w rodzaju placebo, użytym dla stłumienia najgroźniejszego dla każdego rządu rodzaju krytyki, czyli oskarżeń o bezczynność wobec “tak potwornej katastrofy”.

Te właśnie czynniki doprowadziły do szokująco przesadzonych reakcji w Europie i w wielu innych krajach, ale jej konsekwencje w największym stopniu dotknęły Związek Radziecki.

Koszt wprowadzenia związanych z nimi regulacji był ogromny.

Dla przykładu rząd Norwegii wprowadził ograniczenie koncentracji Cs-137 o wartości 6000 Bq/kg dla mięsa reniferów, zakładając, że przeciętny Norweg zjada rocznie ok. 0.6 kg tego produktu. Dawka od skażeń przy ustanowionym limicie wyniosłaby 0.047 mSv na rok. Taka troska rządu oznaczała ochronę Norwegów przed dawką ok. 200 razy mniejszą niż dawka od naturalnego tła promieniowania w niektórych rejonach Norwegii (11 mSv/rok). Koszt tej „ochrony” był ogromny – ponad 70 milionów dolarów w roku 1986, a w latach dziewięćdziesiątych nadal rzędu 4 milionów dolarów na rok.

Histeryczną reakcję wielu rządów, wzmacnianą dodatkowo przez ekstremalnie przesadzone relacje mediów, można pokazać na przykładzie decyzji władz Japonii o anulowaniu wartego kilkaset milionów dolarów kontraktu na dostawę polskiego jęczmienia do produkcji japońskiego piwa. Miało to miejsce w maju 1986, w kilka dni po zupełnie fałszywej informacji podanej przez największy japoński dziennik, Asahi Shimbun, na temat ogromnego skażenia obszarów Polski przez radioaktywny opad z Czarnobyla. Tytuł brzmiał „Śmiercionośny pył nad Polską”, jako źródło cytowano właśnie prof. Jaworowskiego, uznanego światowego eksperta. Dementi Pana Profesora i akcja na poziomie ambasadorów, w tym Johna Davisa, ówczesnego ambasadora USA w Polsce, uratowała ten kontrakt.

Klasycznym przykładem szkodliwego zastosowania modelu LNT była decyzja rządu Szwecji o utylizacji hektolitrów mleka o wyższej od wprowadzonych limitów zawartości Cs-137. Gdy szwedzcy farmerzy stwierdzili ten fakt w swoich gospodarstwach, zaproponowali rozpuszczenie mleka o wyższym skażeniu w mleku o niższej zawartości radionuklidu dla uzyskania dobrego poziomu końcowego. Rząd powiedział „nie”. To była dziwna decyzja, bo przecież rozpuszczanie dla zmniejszenia koncentracji innych czynników uznawanych za szkodliwe było powszechną praktyką.

Robimy to w wielu przypadkach w obróbce żywności, rozrzedzamy dymy z kominów i pieców w powietrzu atmosferycznym.

Takie zdarzenia, choć ukazujące poziom paniki przekraczający granice absurdu, nie mogą się równać z traumatycznymi przeżyciami 336 tysięcy mieszkańców Związku Radzieckiego, ewakuowanych i przesiedlanych w fatalnych warunkach. Nie trzeba być psychologiem, aby wyobrazić sobie poziom stresu, którego doświadczyli Ci ludzie, i poziom strat materialnych, dotyczących ich samych, ich dzieci i całego kraju. Wielu z tych ludzi nadal nie może wrócić do opuszczonych miast i wsi, mimo ze poziom promieniowania spadł do normalnych wartości.

Prawdziwymi ofiarami Czarnobyla były również dziesiątki tysięcy nienarodzonych dzieci, po fali aborcji, która przetoczyła się przez Europę w roku awarii, podczas gdy dawka od opadu była na poziomie kilku czy kilkunastu procent średniego tła naturalnego.

Tu warto wtrącić dygresję na temat awarii w Fukushimie. Prawdziwymi ofiarami kolejnej eksplozji radiofobii było czternaścioro staruszków, zmarłych w trakcie lub tuż po przymusowej ewakuacji. A przecież elementarna wiedza na temat skutków małych dawek, nawet w konserwatywnym i nieprawdziwym modelu, wskazywała, że im te dawki naprawdę nie mogły zaszkodzić. Nie zdążyłyby…

Katastrofa w Czarnobylu udzieliła nam wielu cennych lekcji. Jedną z nich jest ukazanie absurdalności modelu LNT. Liczba przewidywanych według tego modelu zgonów, jako późnych skutków awarii, była szacowana na tysiące czy nawet dziesiątki tysięcy.

Tymczasem badania przeprowadzone w przedziale lat 1990 – 1999 wykazują, że śmiertelność z powodu litych guzów nowotworowych w grupie rosyjskich ratowników spadła o 15% do 30%, a w całej populacji zamieszkującej najbardziej skażone obszary zapadalność na guzy nowotworowe spadła o 5%.

Podsumowanie

Eksploatacja reaktorów współczesnej generacji, zaplanowanych do instalowania w Polsce za kilka lat, w porównaniu z eksploatacją reaktora RBMK w Czarnobylu, biorąc pod uwagę zasadę działania, ich wykonanie, zabezpieczenia oraz procedury stosowane podczas ich obsługi ma się tak, jak jazda pijanego rowerzysty na ruchliwej autostradzie do normalnego kierowcy, jadącego w bezpiecznym, nowoczesnym samochodzie.

Czy fakt, że pijany rowerzysta zginął w opisanych okolicznościach oznacza, że trzeźwy kierowca, w bezpiecznym i dopuszczonym do ruchu na autostradzie pojeździe ma nią nie jechać?

Warto tu podkreślić, że naukowe szacowania, nawet te oparte o pesymistyczny i kwestionowany od dawna model LNT, określają ryzyko związane z zamieszkiwaniem w otoczeniu współczesnej elektrowni jądrowej w porównaniu z ryzykiem poruszania się w bezpiecznym pojeździe po autostradzie, spełniającej wszelkie współczesne standardy bezpieczeństwa jako mniejsze o co najmniej kilka rzędów wielkości.

W szacowania te włączone są technicznie możliwe awarie w takiej elektrowni.

Przed nami znak „Autostrada”. Wjeżdżamy czy nie?

Jolanta Naniewicz - fizyk medyczny, licencjonowany Inspektor Ochrony Radiologicznej

Fot. Matt. Create. (CC BY-NC-SA 2.0)


Facebook