Polska z energią

Cena rezygnacji z Żarnowca, to nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim utrata kadry doskonałych fachowców.

Wtorek 14 maja 2013

Wywiad z profesorem Ludwikiem Dobrzyńskim - Dyrektorem Działu Edukacji i Szkoleń w Narodowym Centrum Badań Jądrowych.

Panie Profesorze, pamięta Pan ten dzień - 26 kwietnia 1986 roku i kolejne dni, jak już pierwsze wiadomości o awarii w Czarnobylu dotarły do Polski?

Nie pamiętam dokładnie tego właśnie dnia, gdyż informacje o awarii reaktora pojawiły się z pewnym opóźnieniem. Niemniej jednak, pracując na Uniwersytecie w Białymstoku, a więc blisko naszej granicy, informacja o awarii zrobiła duże wrażenie. Było to jednak tylko wrażenie, że stało się coś złego, ale dokładnie co i jakie są tego skutki - było niejasne. Oczywiście, podnosiły się głosy alarmistyczne, obawa przed opadem promieniotwórczym, szczególnie po pierwszych informacjach z CLOR (Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej – przyp. red.) o silnie zwiększonej aktywności w powietrzu. Moje środowisko chyba nie wyrażało specjalnego zaniepokojenia: świadomość tego, co oznacza wybuch reaktora i emisja do atmosfery ogromnej ilości materiału promieniotwórczego słabo przekładała się na poczucie zagrożenia. Zupełnie inaczej reagowało środowisko profesjonalistów w Świerku. Tam natychmiast odcięto łączność telefoniczną, system monitoringu pokazał, że istnieje zwiększone zagrożenie radiacyjne, a robiona wokół niego, przynajmniej na początku, tajemnica potęgowały uczucie niepewności odnośnie do tego, co będzie się dalej działo. W instytutach jądrowych i CLOR wiedza fachowa pozwalała na szybkie zdanie sobie sprawy, że skutki zdrowotne zwiększonego poziomu promieniowania mogą dotyczyć także Polski.

Jaka była pierwsza myśl Pana Profesora o tym co te wieści mogą oznaczać - dla nas jako geograficznego sąsiada jak i kraju, który właśnie rozpoczyna swój projekt jądrowy?

Było rzeczą oczywistą, że istotny jest sposób przemieszczania się chmury zawierającej materiały promieniotwórcze z reaktora, decydujący o opadzie i skażeniach promieniotwórczych. Jednakże niepewność sytuacji była doprawdy chwilowa, gdyż bardzo energiczne działania śp. profesora Zbigniewa Jaworowskiego doprowadziły do szybkiego - jak na owe czasy - poinformowania ludności o całej sytuacji, podjęcia akcji profilaktyki jodowej, zupełnie bezprecedensowej w skali Europy i świata. Informacje płynące z CLOR'u jednoznacznie wskazywały, iż w Polsce nie ma żadnego istotnego zagrożenia radiologicznego, a ja, jak i wielu moich kolegów nie widzieliśmy powodu, aby tym informacjom nie ufać. Oczywiście, byli też tacy, którzy z góry przyjęli, że jeśli rząd komunistyczny coś mówi, to kłamie i rozpoczęli poszukiwania na własna rękę skutków opadu promieniotwórczego. Znajdując tzw. "gorące cząstki" uogólniali swoje spostrzeżenia wpływając na zaostrzenie psychozy, przynajmniej w niektórych środowiskach. Historia pokazała jednak, że informacje CLOR'u były prawdziwe i że rzeczywiście Polska nie miała powodu do obaw. Historia pokazała także, ze można było nie podejmować akcji jodowej, gdyż "dostawa z ZSRR" promieniotwórczego jodu nie była zbyt wielka, ale wtedy, w pierwszych dniach, trudno to było przewidzieć. Niestety, ofiarą awarii czarnobylskiej stał się projekt stworzenia w Polsce energetyki jądrowej. Protesty społeczne, wieści, iż budujemy reaktor rosyjskiej konstrukcji i to "czarnobylski", spowodowały ogromną presje na czynniki decyzyjne. Mimo bardzo zaawansowanego i kosztownego projektu, budowę zaprzestano, reaktor planowany do budowy w Polsce zbudowano na Słowacji, gdzie pracuje do dziś bezawaryjnie. Na operacji zaniechania budowy Polska straciła 1-2 miliardów USD, ale, co ważniejsze, straciła też unikatową kadrę fachowców, pracujących w projekcie energetyki jądrowej. Po ok. 25 latach od tej fatalnej decyzji zaczęliśmy dopiero szkolić nowe kadry - skutek tego szkolenia będzie także zmarnowany, jeśli odpowiednie decyzje o rozwoju energetyki jądrowej w Polsce nie zostaną podjęte szybko. Pamiętajmy, że fachowiec w tej branży potrzebuje oprócz zwyczajowych 5-letnich studiów około 10 lat praktyki, aby mógł podejmować samodzielną pracę konstruktora czy operatora reaktora. Ludzie są praktyczni: jeśli nie będą mieli pewności, że ta energetyka powstanie, bardzo szybko zmienią zawód albo poszukają sobie pracy za granicą.

Czechy czy Węgry - nasze "bratnie" kraje z tamtego okresu, korzystają już z prądu ze swoich elektrowni jądrowych, w dodatku zatrudniając polskich specjalistów z czasów Żarnowca. Żal, że nie u nas pracują, prawda?

Oczywiście, że żal. Mamy sporo znakomitych specjalistów, którzy mogą wykonać szereg ważnych prac na rzecz polskiej energetyki jądrowej, niemniej jednak jesteśmy bardzo dalecy od umiejętności zbudowania samodzielnie reaktora jądrowego. Pierwsze instalacje będą musiały być kupowane z zagranicy i należałoby tylko zadbać, aby istniejący w Polsce potencjał ludzki był w maksymalnym stopniu wykorzystywany, gdyż pozostawienie wszystkiego w rękach producenta zagranicznego może skończyć się ostatecznym rozproszeniem kadry naszych specjalistów. Może wysiłki na rzecz solidnego przeglądu naszych możliwości są robione centralnie, jednak mnie na ten temat niewiele wiadomo. Uważam, że gospodarowanie zasobami ludzkimi jest bardzo ważnym elementem polityki energetycznej, w wypadku energetyki jądrowej - wręcz nadzwyczajnie ważnym.

Dziś jesteśmy 27 lat po tych wydarzeniach w Czarnobylu, to prawie dwa pokolenia, a Polska znów jest na początku drogi. I znów nie mamy łatwo - i wydarzenia w Fukushimie, i globalny kryzys. Mamy pecha czy też wyjątkową nieumięjętność konsekwentnego dążenia do unowocześniania Polski?

Gdyby polityki informacyjne wielu rządów były prowadzone właściwie, może do ludzi dotarłaby świadomość, że wydarzenia w Czarnobylu i Fukushimie przemawiają na korzyść, a nie przeciwko energetyce jądrowej. Temat to nadzwyczajnie trudny, gdyż chodzi nie tylko o edukację, ale o przełamanie barier w świadomości społeczeństwa, które w znacznej części odrzuca wszystko, co "jądrowe". To bardzo bolesna sytuacja, gdyż biorąc pod uwagę choćby znaczenie metod jądrowych w medycynie, które ratują na świecie miliony istnień, promieniowanie jonizujące powinno się uznawać za sprzymierzeńca ludzi, a nie ich wroga. Oczywiście, można rozważać zagadnienia ekonomiczne, co kosztuje więcej lub mniej, jednak w takich dyskusjach rzadko pada pytanie o długość okresu, w którym chcemy zapewnić ludziom stabilną energię elektryczną czy cieplną. Inaczej wygląda sprawa, gdy mówimy o 50 latach, a zupełnie inaczej, gdy mówimy 500 latach i więcej. Wracając do pytania: mamy pecha, którego sami sobie hodujemy z godnym podziwu zaparciem. Nie prowadzimy rozsądnych działań edukacyjnych we wszystkich grupach wiekowych, pozwalamy na szerzenie się plotek i to w tak ważnych mediach jak telewizja: głupie i szkodliwe enuncjacje nie spotykają się ze zdecydowaną odprawą. Może przydałoby się mieć jakiś własny kanał informacji naukowej? Myślę tu nie tylko o problemach atomowych i jądrowych. Rozwój techniki wymaga często poświęcenia własnego interesu na rzecz ogólnego (np. gdy trzeba odstąpić swa działkę pod budowę większej instalacji). Przez tyle lat państwo pełniło role bezwzględnego drapieżcy, że dziś trudno wielu ludziom uwierzyć, że z ich poświęcenia wyniknie rzeczywiście coś dobrego, albo, że cena tej przykładowej działki będzie rzeczywiście odpowiadała jej realnej wartości. Brak zaufania do państwa, jej urzędników i ministerstw stanowi ogromny hamulec rozwoju. Pomyślmy, ile potrafiono zrobić w ciągu dwudziestolecia międzywojennego. Państwo polskie wtedy miało "globalny kryzys", bez porównania większy niż obecny, a jednak przemożna chęć życia państwa jako czegoś własnego, swojskiego, pozwoliła zrobić Polsce wielki skok cywilizacyjny. I działo się to w sytuacji gorących sporów w ówczesnym Sejmie, podziałów politycznych itp. Znany był jednak interes nadrzędny i ten często zwyciężał. Dziś ogromna część Polaków uważa, że cel nadrzędny stawiany przez polityków służy tylko tym politykom. Między innymi dlatego tak trudno prowadzić kampanie społeczne.

Panie Profesorze, na koniec zapytam właściwie o początek, czyli o edukację z której rodzi się nasza opinia. Pan Profesor na co dzień pracuje ze studentami, czy widzi Pan tę bylejakość czy też zaniechania w edukacji pod kątem fizyki jądrowej już na poziomie szkoły podstawowej, wśród swoich studentów? Czy to wpływa na późniejsze postrzeganie energetyki jądrowej jako "zła wszelkiego"?

To nadzwyczaj bolesny temat. To, co zrobiono z fizyką w szkole, to wręcz sabotaż edukacyjny. Fizyka jest wspaniałą nauką, w której fizyka jądrowa, optyka, czy fizyka ciała stałego posługują się bardzo podobnymi i często identycznymi narzędziami. Bez zapoznania się z nimi na wczesnym etapie edukacji, nie sposób zrozumieć, dlaczego właśnie ta nauka jest tak wspaniała i nie sposób jej pokochać. Często, gdy pytam studentów, jaki był powód, że wybrali fizykę, jako przedmiot studiów pada odpowiedź: bo łatwo było się dostać na uczelnię. Studenci wchodzą na studia nie przygotowani do ich podjęcia, ba! nawet nie rozumieją czym różni się uczenie od studiowania. Systematycznie obniżający się poziom nauczania fizyki w szkole (i to nie z winy nauczycieli tylko pomysłów na edukację) skutkuje studentami, których trzeba uczyć abecadła. A ponieważ ich wiedza jest tak ograniczona trzeba poziom swoich wykładów dostosowywać do możliwości percepcji studentów, co oznacza zaniżanie poziomu własnego nauczania. W rezultacie wychodzą ze studiów magistrowie, którzy reprezentują często bardzo mierny poziom. Potem idą oni do szkół, gdzie ich kiepska wiedza jest przekazywana uczniom i tak nakręca się spirala niszcząca edukację. W ostatnich latach zwiększyliśmy poziom "skolaryzacji", jednak cena tego zwiększenia jest, moim zdaniem, okrutna. A idąc dalej, pro domo sua, jeśli chcemy kształcić fizyków jądrowych, którzy w przyszłości będą pracowali w obecności promieniowania jonizującego, ich poziom wiedzy musi być szczególnie wysoki ze względu na pracę w warunkach, które mogą stać się istotnie szkodliwe dla niedouczonych absolwentów studiów. Nie oni jednak postrzegają fizykę jądrową jako zło - ta jest fragmentem ich zawodu, czymś normalnym. "Zło wszelkie" rodzi się przede wszystkim z plotek rozsiewanych na temat skutków promieniowania jonizującego.

***

Profesor Ludwik Dobrzyński - absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, Wydział Fizyki i Matematyki. 1963-1982 pracownik naukowy, następnie z-ca kierownika Zakładu Ciała Stałego w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku, stażysta w Instytucie Energii Atomowej w Kjeller (Norwegia) i w Zjednoczonym Instytucie Badań Jądrowych w Dubnej (ZSRR), profesor wizytujący w Brookhaeven National Laboratory (USA), Instytucie Badań Jądrowych w Cassaccia (Włochy), na Uniwersytecie Paryż VI (Francja) . Od 1983 pracownik naukowo-dydaktyczny (docent, profesor) w Filii UW w Białymstoku – Uniwersytetu w Białymstoku: 1983-2007 twórca i kierownik Zakładu Fizyki Ciała Stałego, 1990-1994 dziekan Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego.Od roku 1997 w Narodowym Centrum Badań Jądrowych (d. Instytucie Problemów Jądrowych), gdzie zorganizował od podstaw Dział Edukacji i Szkoleń.

Ekspert m.in. w dziedzinie rozpraszania neutronów, fizyce magnetyków czy wpływu małych dawek promieniowania jonizującego na organizm. Od 2002 roku jest przedstawicielem Polski w Komitecie UNSCEAR (Komitet Naukowy Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Skutków Promieniowania Jądrowego), którego był wiceprzewodniczącym w trzech kadencjach (2010-2012) i jest nim w najbliższej kadencji (2013).

Fot.Marek Pawłowski/NCBJ (www.ncbj.edu.pl)

Facebook